Migracja z WordPressa na własne API i frontend — większość zrobiła za nas AI
Od dłuższego czasu obiecywaliśmy sobie, że w końcu zejdziemy z WordPressa na coś lżejszego i szybszego. Problem był zawsze ten sam: przepisanie działającego bloga na własne API i osobny frontend to tygodnie żmudnej dłubaniny — eksport treści, mapowanie kategorii, przekierowania, szablon od zera. Tym razem podeszliśmy do tematu inaczej. Większość tej roboty odwaliło narzędzie AI, a nasza rola sprowadziła się do pilnowania, żeby wszystko zgadzało się jeden do jednego.
Punkt wyjścia: WordPress, który zrobił się za ciasny
Blog działał na WordPressie od lat i, szczerze mówiąc, nic złego mu nie było. Ale kolejne wtyczki, cache’e nakładane na cache i motyw obrastający w łaty zaczęły ciążyć. Chcieliśmy prostej rzeczy: oddzielić treść od prezentacji. Dane trzymane w jednym miejscu, wystawione przez czyste REST API, i lekki frontend, który tylko je konsumuje i renderuje. Klasyczne podejście headless — z tą różnicą, że tym razem nie mieliśmy zamiaru klepać wszystkiego ręcznie.
Co dziś naprawdę potrafią narzędzia AI
Kilkanaście miesięcy temu „asystent AI” do kodu oznaczał podpowiadanie linijek. Dziś to zupełnie inna liga. Narzędzia pokroju Claude Code nie tyle podpowiadają, co potrafią przeprowadzić całą migrację — od zrzutu bazy WordPressa, przez zaprojektowanie modelu treści w headless CMS, aż po gotowy frontend i wdrożenie. Sęk w tym, że nie robi się tego jednym magicznym poleceniem. Całość opiera się na tzw. skillach — wcześniej przygotowanych zestawach instrukcji i procedur, które mówią narzędziu, jak w tym konkretnym projekcie ma wyglądać każdy etap. To trochę jak przekazanie nowemu pracownikowi dobrze spisanego onboarding-u: nie tłumaczysz wszystkiego od nowa przy każdym zadaniu.
Nie będziemy tu publikować samych skillów — to nasze wewnętrzne „know-how” i połowa wartości całego podejścia. Ale zasada jest prosta: raz porządnie opisany proces da się odpalać w kółko, a narzędzie trzyma się go zaskakująco karnie.
Szablon z jednego promptu
Zaczęliśmy nie od kodu, tylko od wyglądu. Cały layout — hero z hasłem, siatka wpisów, sidebar, stopka — powstał z jednego opisu wrzuconego do Claude Design. Kilka iteracji na słowa, dosłownie „ciemny motyw, mocna typografia, blogowa siatka, nasza maskotka w nagłówku”, i mieliśmy spójny projekt strony głównej razem z podstronami. To właśnie ten widok, który oglądasz teraz na górze wpisu jako zdjęcie główne.
Dopiero mając zaakceptowany projekt, oddaliśmy pałeczkę do Claude Code. I tu najważniejsze: przełożenie projektu na działający frontend poszło jeden do jednego. Nie „na oko podobnie”, tylko piksel w piksel — te same odstępy, te same kolory, ta sama hierarchia nagłówków. Frontend stanął na Next.js, treść leci z API, obrazki są optymalizowane w locie. Rzeczy, przy których normalnie schodzi kilka dni, tu były kwestią godzin.
Dane przeniesione automatycznie
Najbardziej bałem się o treść. Kilkaset wpisów, kategorie, tagi, komentarze, stare adresy URL, które trzeba przekierować, żeby nie stracić pozycji w Google. Okazało się, że to akurat najspokojniejszy etap. Migracja danych poszła automatycznie: eksport z WordPressa trafił prosto do modelu treści w nowym API, z zachowaniem relacji między wpisami a kategoriami i tagami. Stare linki dostały mapowanie na nowe, więc pozycjonowanie nie ucierpiało — a to zwykle najboleśniejsza część każdej migracji.
W praktyce cały projekt powstaje właściwie od zera, tyle że nie na pustym miejscu. Struktura jest nowa, kod jest nowy, ale dane wjeżdżają do niego same, przeniesione i posprzątane po drodze.
Cały DevOps ukryty w jednym skillu
Osobny skill odpowiada za wdrożenie i utrzymanie. Tu też nie chodzi o żadną magię — pod spodem siedzi jeden panel do zarządzania serwerem, który spina wszystko w całość: serwer WWW, certyfikaty SSL, kopie zapasowe, kontenery z aplikacją i samą bazą. Skill wie, jak z tym panelem rozmawiać, więc postawienie środowiska, wypchnięcie nowej wersji czy odświeżenie certyfikatu to dla niego rutyna, a nie osobny projekt.
Z oczywistych względów nie podajemy tu ani adresów, ani szczegółów konfiguracji — bezpieczeństwo przede wszystkim. Wystarczy powiedzieć, że „DevOps z jednego skilla” brzmi jak marketingowy slogan, a w praktyce sprowadza się do tego, że jedna dobrze opisana procedura ogarnia to, co kiedyś wymagało logowania się na serwer i ręcznego klikania w panelu.
Czy po stronie widać, że robiła to AI?
I o to właśnie chodziło — żeby nie było widać. Efekt to szybka, statyczna w odbiorze strona, z treścią jeden do jednego jak na starym blogu, tyle że bez wtyczkowego balastu. AI nie zastąpiła tu decyzji — o tym, jak ma wyglądać projekt, co jest ważne w treści i gdzie idą przekierowania, i tak decydował człowiek. Zdjęła za to z nas najnudniejsze 80% roboty: przepisywanie, mapowanie, konfigurowanie.
Jeśli sami dłubiecie przy tworzeniu stron www i odkładacie migrację „na później”, bo szkoda tygodni — warto sprawdzić, jak daleko doszły dziś te narzędzia. My byliśmy sceptyczni. Teraz sami się dziwimy, że tak długo zwlekaliśmy.


